mija drugi miesiąc. wciąż cisza. czy to cisza przed burzą?
jakoś mi się nie wydaje, raczej jest to martwe morze, na tafli którego unoszą się tylko jakieś niezidentyfikowane resztki.
fuj, ale grafomaańsko-patetycznie. błech.
koniec użalanek, nic to nie zmieni i tak.
a z ciekawych rzeczy - jeden mój projekt wreszcie zaczyna mieć ręce i nogi tj budzić taką formę zainteresowania, jakiej sobie życzę.
zaczęłam też nowy i jestem ciekawa, czy chwyci. wciąż też coś we mnie nie jest do końca przekonane, że dobrze postąpiliśmy odrzucając tamtą opcję współpracy...
no ale zamieniliśmy potencjalną sporą reklamę na pewną swobodę i wizję jakichś zysków w przyszłości. przy okazji dowiedzieliśmy się paru ciekawych rzeczy o kilku osobach.
ale cholera, wciąż mi go brakuje. niech to wszyscy diabli... a jak widze młodego latającego z zadowoloną japą to mam ochotę mu palnąć. chociaż on akurat nie jest prawie niczemu winien... pomimo tego, że robi czasem kretyńskie rzeczy potrafiące doprowadzić mnie do białej gorączki w 3 sek.
ale mu się umiem zrewanżować ;)